Łączna liczba wyświetleń

piątek, 21 lipca 2017

U schyłku dnia



Różowa poświata zachodzącego słońca,rzuca się cieniem na klacz i żrebiątko,zbiegające z pastwiska w kierunku stajni.
Podobne obrazki mam w pamięci i wracam do nich z przyjemnością.Taki miał być właśnie ten widoczek.Mały,przyjemny w odbiorze,budzący miłe skojarzenia.
Malowany jest farbami olejnymi na blejtramie o wymiarach ok40x30cm.Zdaję sobie sprawę z tego,że do dzieła sztuki mu daleko,ale lubię sobie na niego zerkać:)
Przepraszam za jakość zdjęć.Choć próbowałam na wszelkie sposoby nie udało mi się przekonać aparatu,by spojrzał na mój obrazek swoim życzliwym okiem;)













































Obiecałam poopowiadać troszkę o mojej końskiej pasji.Myślę,więc,że najlepiej będzie,gdy zacznę od początku,czyli od momentu,gdy po raz pierwszy obejrzałam w telewizji film pt. "Karino".Miałam wtedy 4 no może 5 lat,ale dokłądnie pamiętam,jak przeżywałam każdy odcinek.Potem już nie interesowały mnie żadne inne zabawki,jak tylko te mające postać konia.Wtedy też powstały pierwsze obrazki,przedstawiające te zwierzęta.
Nie było dnia,bym nie wierciła mojemu dziadkowi dziury w brzuchu,by wreszcie kupił konia.Tyle się nasłuchałam o jego wcześniejszych przygodach z końmi,że nie widziałam powodu,abyśmy i teraz nie mogli mieć własnego.
Nie bez przyczyny,wszyscy mi powtarzali,że dziadek,gdyby mógł,to by mi gwiazdkę z nieba dał.Na wymarzonego konia nie musiałam długo czekać.Pewnego dnia,nic mi wcześniej nie powiedziawszy,przyprowadził moje wymarzone zwierzę,które okazało się jednak nie takie wymarzone.Było wyjątkowo narowiste.Koń co chwila stawał dęba i żeby wszedł do stajni,potrzebował asysty kilku rosłych mężczyzn i chusty zakrywającej oczy.
W moich oczach zaś,dziadek zobaczył tak wiele rozczarowania,że już następnego dnia wymienił dzikusa,na skrajnie inną,zarówno charakterem jak i wiekiem,klacz.
Gniada Lota mimo,że czas odcisnął na niej swoje piętno,miała budowę ciała,która podkreślała jej szlachetne pochodzenie.W młodości musiała być wyjątkowo pięknym koniem.Mnie zaś oczarowała swoją nezwykłą łagodnością.
Jako że początkowo nie mieliśmy własnego wozu,pożyczaliśmy od sąsiada.Dziadek chwytał swoją mocną,spracowaną dłonią moją małą rączkę i razem szliśmy polną,piaszczystą drogą,a za nami,jak najwierniejsza psina,szła Lota.Szła lużno,bez kantara,z łbem lekko opuszczonym,tempem całkowicie dostosowanym do naszego.Zaprzężona do wozu,utrzymywała równie wolny chód,co sprawiało,że jechaliśmy w nieśpiesznej atmosferze,w ciszy i spokoju.Najbardziej lubiłam powroty.Na wozie pełnym skoszonej trawy,której zapach uwielbiam do dziś.A jak się mięciutko siedziało na takim posłaniu...ach,to były czasy...Z rozrzewnieniem wspominam tamte dni
Lota była tak posłuszna i spokojna,że dziadek pozwalał jej luzem chodzić wokół obejścia.Pasła się więc tam gdzie chciała,zjadała ile chciała i zawsze,u schyłku dnia, wracała do domu:)Pamiętam jak stała przy bramie i czekała cierpliwie,aż ktoś przyjdzie i jej otworzy.Nigdy nie zdarzyło się,by klacz nie wróciła,ba...ona ani razu nie oddaliła się zbytnio od domu.
     I tak mijały lata.Koni przybywało,jedne odchodziły,pojawiały się nowe.Ja chodziłam już do szkoły,więc miałam mniej czasu na przebywanie wśród nich,ale w każdej wolnej chwili pędziłam do stajni.Lubiłam je podkarmiać smakołykami,czyścić,po prostu być z nimi.Z żadnym jednak nie nawiązałam takiej przyjażni jak z Myszką,małą krępą,gniadą,2-letnią klaczką.Ja miałam już wtedy 11lat.Zaufała mi jak nikomu innemu.Dziadek oswajał ją z uprzężą,uczył chodzić w zaprzęgu,ale nic nie mogło odbywać się beze mnie.Gdy ona poznawała nowe sytuacje,tam musiałam być obecna.Wtedy była spokojna i wiedziała,że nic jej się nie stanie.Lubiła wtulać we mnie swój łepek i
wyciszała się w jednej sekundzie.Kochana była bardzo.
Niestety,niedługo dane mi było cieszyć się nią.Zachorowała na skręt jelit,częstą przypadłość u koni i bardzo niebezpieczną.Nie dało się jej uratować.Przeżyłam to rozstanie bardzo boleśnie.Gdy odchodzi ukochane zwierzę to żal jest nie mniejszy niż wraz z odejściem bliskiej osoby.
   Dopiero po kilku latach udało mi się znowu znależć przyjaciela w koniu,który tak jak Myszka,zaufał mi bez reszty.Był to koń sąsiada,dopiero co zakupiony.Klacz 6-letnia,zaniedbana jak mało która.Po jej zachowaniu widać było,że poprzedni właściciel nie szczędził jej ciężkiej ręki,albo i co gorszgo-strach pomyśleć.Strach też był wielki,aby zbliżyć się do niej,bo zaraz kładła uszy po sobie i "rzucała" się do gryzienia jak wściekły pies.Potrafiła pogrozić też kopytem.Żartów nie było.Nowy właściciel czuł się wobec niej lekko bezradny.My akurat mieliśmy "na stanie":) tylko młodego ogierka Korana,który do żadnej pracy się jeszcze nie nadawał,a ukoszoną trawę trzeba było przecież wozić.Dziadek zaproponował więc,że wzamian za jej wyżywienie,weżmie klacz do siebie,by chodziła w zaprzęgu.Szczerze powiem,wtedy sobie tego nie wyobrażałam.Dziadek jednak powoli przekonywał ją,że to nic strasznego.Czując jego zdecydowanie i cierpliwość,pozwoliła się zaprzęgać,ale nic więcej.Gdy tylko ktoś próbował się zbliżyć na odległość paru metrów,kładła uszy i wyciągała szyję do przodu,co miało znaczyć,że jest gotowa gryżć.Nazwaliśmy ją Bunia.
Były piękne,ciepłe wiosenne dni,zbliżało się lato,więc nasza Bunia całe dnie spędzała przywiązana do wozu pełnego trawy,który sama przyciągnęła.A mnie coś ciągnęło do niej.Nie potrafiłam przejść obok tego konia spokojnie.Każdą wolną chwilę spędzałam siedząc na wozie i dotrzymując towarzystwa Buni.Czasem czytałam książki,czasem tak po prostu siedziałam i ją obserwowałam.
Klaczka przyzwyczajała się do mojej obecności,przestała czuć jakiekolwiek zagrożenie z mojej strony,sama zaczęła szukać mojej obecności,wodząc za mną wzrokiem,gdy odchodziłam.
Gdy wracałam i siadałam obok niej,przybliżała się w moją stronę.No i wreszcie któregoś dnia pozwoliła się pogłaskać,nie dając przy tym jakichkolwiek oznak,że sobie nie życzy.Następne dni były podobne.Starałam się powolutku zmniejszać dystans,ale nigdy nie robiłam nic,czego by nie chciała.Gdy np. głaskałam ją zbyt długo,ona lekko odpychała mnie pyskiem,od razu przestawałam.
Zauważcie,że nie próbowała ugryżć,a jedynie delikatnie odsuwała mi dłoń.To był ogromny krok poczyniony w dobrym kierunku.Póżniej było już z górki:) Gdy tylko mi pozwoliła,ja zabrałam się za doprowadzenie jej zmatowiałej sierści i skołtunionej grzywy,do porządku.Tak się temu poddała,że jej właściciel nie mógł uwierzyć,iż ma tak ładnego konia:)Podobnie jak nie mógł uwierzyć,że udało się to mi-takiej małej chudzince:)Prawdę powiedziawszy,też byłam z siebie dumna,ho i to jeszcze jak!
Z wystraszonego i ogupiałego zwierzęcia,które tak panicznie broniło się przed człowiekiem,Bunia stała się spokojnym,zrównoważonym koniem,z pełnym miłości i zaufania wzrokiem.Trudno byłoby mi to sobie wyobrazić,gdybym sama tego nie widziała.Wspaniale doświadczyć czegoś takiego!
Wiele mnie w jej zachowaniu fascynowało.Zadziwiała mnie raz po raz.Opowiem Wam dwa z wielu takich zdarzeń.
Jedno z nich miało miejsce w letni,upalny dzień.Mimo,ze chwilę wcześniej przeszła burza,to nie przyniosła zbawiennego chłodu.Ja ubrana tylko w leciutką sukienkę,w bosych stopach,wskoczyłam na Bunię,by pojeżdzić polnymi dróżkami.Jechałam na oklep (bez siodła),w rękach trzymając prowizoryczne lejce,zrobione ze sznurka.Była to spontaniczna przejażdżka,więc cały ekwipunek nie był tu najważniejszy.Bunia szła stępem,czasami wdeptując w małe kałuże,powstałe po letnim burzowym deszczyku.Na jednej takiej niepozornej kałuży,klacz poślizgnęła się.To były ułamki sekund,zamarłam,w głowie przemykało milion myśli.Czułam jak Bunia upada na kolano,następnie przechyla się na bok.Strach pomyśleć,co mogłoby się stać,gdybym wtedy zsunęła się z jej grzbietu.
Wczepiłam się w jej grzywę jak kot,leżałam właściwie na jej szyi.Nagle Bunia zmobilizowała wszystkie swoje siły,aby podnieść ugiętą nogę i wstać na cztery kopyta.Zapomniałam wcześniej dodać,że był to koń zimnokrwisty,duży i bardzo ciężki.To był nie lada wyczyn ze strony Buni.Ona jakby wiedziała,że jest za mnie odpowiedzialna i musi zrobić wszystko,by nie stała się tragedia.
Wiem,że brzmię niewiarygodnie,że wygląda to jak mocno naciągana historia,by wzruszyć czytelnika.Ja naprawdę niczego tu nie ubarwiłam.Do dziś nie mogę zapomnieć o tym co się wtedy stało.Czasem na zwierzę można liczyć bardziej niż na człowieka.
Druga sytuacja z jej udziałem,której nie sposób zapomnieć miała miejsce już przy końcu naszej
"znajomości".Jej właściciel postanowił,że ją sprzeda.Nie było nas stać na jej kupno.Poprzestańmy na tym,bo co do reszty,nie ma co się dalej rozwodzić-ciężko było i tyle.Gdy przyjechali kupcy i próbowali "zachęcić" Bunię by weszła do samochodu przewożącego zwierzęta,w niej odezwała się dawna natura.Gryzła,kopała,wierzgała.Kupcy zrezygnowali.Gdy tylko podeszłam by ją zaprowadzić z powrotem do stajni,uspokoiła się momentalnie i znowu była sobą.Ale to nie koniec historii,happy endu nie będzie.Podczas tej histerii,Bunia okulała.Weterynarz zapisał maści i kazał robić okłady.
Ten obraz często staje mi przed oczyma.Masowałam jej nogę,a ona mimo bólu nie protestowała.Co chwilę tylko zerkała na mnie ufnie i nozdrzami lekko dmuchała mi we włosy.Takiej więzi jaką z nią miałam nie da się opisać słowami.Koniec smutny,ale tak to już się w tym życiu plecie- okrutnie czasem,a czasem pięknie.




Oto Bunia właśnie-ta grubiutka:)Uwielbiała zajadać się świeżo skoszoną trawą.






      Po kilku latach dane mi było spotkać jeszcze jednego wyjątkowego konia ,pod zupełnie innym względem niż Bunia,co prawda,ale też miał fascynującą naturę.A była to Alma.Niewysoka klaczka,maści srokatej.Najlepsze lata młodości miała już za sobą,ale wciąż była pełna wigoru.Może nie na pierwszy rzut oka,ale potrafiła pokazać gorącą krew.
Alma chodziła wcześniej pod siodłem w szkółce jeżdzieckiej.Umiejętności miała:),w odróżnieniu do mnie-jeżdzącej wyłącznie na "wio":)))Nigdy nie pobierałam fachowych lekcji jazdy konnej,a jazda na łydkę czy prawidłowy dosiad były mi obce.Alma-stara wyga,wyczuła to od razu.A moją niepewność wykorzystywała na każdym kroku i ...robiła ze mną co chciała.Czasem jak miała dobry dzień to mnie wiozła,a innego dnia kręciła się w kółko,albo nisko spuszczała łeb,by się mnie pozbyć,bo akurat nie miała najmniejszej ochoty na małą choćby przejażdżkę.Nawet trochę zwątpiłam czy ona faktycznie pracowała w tej szkółce jeżdzieckiej.Traf chciał,że nadarzyła się okazja i Almę dosiadł pewny swoich umiejętności,jeżdzieć.Okazało się,że Alma jest świetna,a to znaczyło,że ja...do kitu:)
W miarę upływu czasu,zżyłyśmy się bardzo.Alma chodziła za mną jak pies,łaskawiej też traktowała mnie na swoim grzbiecie.Czasem jednak jej charyzmatyczny charakterek dawał o sobie znać.Jeżeli tak można powiedzieć o koniu,to powiem,że miała silną osobowość.Jak sobie coś postanowiła,to musiało tak być.Jeżeli akurat chciała poczuć "wiatr we włosach",to jednym,zgrabnym ruchem głowy,potrafiła wyszarpnąć linkę z mojej ręki i pogalopować choć przez chwilę.Nie umiałam się na nią gniewać.Widok był wspaniały.Koń w ruchu-nie ma nic piękniejszego.A jeżeli jest to jeszcze koń arabski,to lepiej być nie może.Alma nie miała udokumentowanego pochodzenia.Ja jednak podejrzewałam,że płynie w niej krew arabska.Kiedy patrzyłam na nią galopującą w oddali,to przekonanie moje przeradzało się w pewność,że klacz ta ma w sobie tą szlachetną krew i to naprawdę sporo litrów:)))Alma galopowała z wysoko uniesionym ogonem i zadartą głową.W kłusie czy galopie potrafiła "zawieszać się" nad ziemią.To bardzo charakterystyczne dla Arabów.Charakter jej też o tym
świadczył-choć temperamentu jej nie brakowało była posłuszna,niezwykle inteligentna ,wrażliwa i bardzo przywiązana do człowieka (czyt.do mnie).A co śmieszne i ciekawe,z moim dziadkiem niecierpieli się szczerze:)To chyba przez starcie dwóch mocnych charakterów.Żaden nie chciał odpuścić:)
O Almie mogłabym opowiadać godzinami,więc pozwólcie,że przytoczę Wam tylko kilka najzabawniejszych lub ciekawszych sytuacji z jej udziałem.

Nigdy nie zapomnę jak pojechaliśmy na przejażdżkę do lasu.Alma szła zaprzężona w małą,lekką bryczkę.Jechaliśmy leśną dróżką-powoli,bez pośpiechu.Z odległości kilkudziesięciu metrów,zauważyliśmy idących w naszym kiernku grzybiarzy.Nieśli kosze wypełnione po brzegi.
Gdy już mieliśy się mijać,Alma nagle skęciła w ich stronę,nie zważają na ściągnięte wodze.Chęć posmakowania prawdziwków okazała się silniejsza.Zanurzyła łeb w koszu i wybrała najdorodniejszy okaz,po czym spałaszowała z apetytem.Nie wierzyłam...Ona jadła grzyby!!!W podobnym szoku,lekko przestraszeni stali nasi grzybiarze.I choć przepraszaliśmy ich serdecznie,to oni nie bardzo wiedzieli,co też to stało się przed chwilą.Odjechaliśmy,a oni dalej trwali w osłupieniu:)
Fakt jest taki,że Alma była strasznym łakomczuchem,a najbardziej smakowało jej to,czego normalny koń nie chciałby nawet dotknąć chrapami.Bułki z małem-kochała!No ale żeby surowe grzyby?...Tak było:)


Miło też wspominam jesienne dni,mimo,że wyjątkowo bure i zimne były.Zbieraliśmy wtedy resztki marchwi z pola-takie malutkie ostatki,które trzeba było wygrzebywać z ziemi.Ja przykucnięta,oczyszczałam marchewki z piasku,a Alma ustawiona za mną,przerzucała łeb przez ramię i czekała z nadzieją,że ją poczęstuję.Trudno pewnie Wam sobie wyobrazić taką scenę,więc jest i zdjęcie,które to obrazuje.Umorusani byliśmy oboje,ale to były naprawdę szczęśliwe chwile:)






A oto inne miłe wspomnienie,które mnie nie opuszcza.
Moja więz z Almą była już na tyle silna,że ufałyśmy sobie,prawie bezgranicznie.Może nawet powinnam odrzucić to prawie.
Wieczorami Alma lubiła sobie pobiegać.Gdy dobiegała na skraj lasu położonego ok 200m od domu,zatrzymywała się i wyglądała mojej osoby.Miałyśmy taką "zabawę".Ona stawała pod lasem,ja obok stajni i jak tylko mnie dostrzegała-widziała,że stoję z szeroko rozpostartymi rękoma,to zaczynała galopować całym pędem,cwałowała,.Zatrzymywała się jakiś metr przede mną,hamując tak,że aż jej zad się uginał:)Wtulała się potem we mnie i czekała,aż pogładzę po łebku.Jak osiołek wracała ze mną do stajni.Uwielbiałam to zderzenie jej dwojakiej natury.Pełna charyzmy,chwilę wcześniej krew się w niej burzyła,by w jednej sekundzie stać ze spuszczoną głową i wolniutko stąpać.Nieprawdopodobny widok.
Pamiętam,że nawet babcia,choć ostrożna i zawsze mnie przestrzegała,to na te nasze zabawy patrzyła z uśmiechem.Zawsze wieczorem wychodziła przed dom i czekała na nasze przedstawienie:)
A i dziadek,choć Almy nie lubił,patrzył z uśmiechem i chyba trochę,z niedowierzaniem.

Pamiętnym dniem,był dzień,w którym Alma urodziła żrebię.Ogierek był niezwykle urodziwy.Gniady,z piękną długą smukłą szyją i także samo niebotycznie długimi nogami.Wyjątkowo śliczny żrebak.
Pojawił się jednak poważny problem,bo wspomniane,długie nóżki,nie pozwalały mu schylić  się na tyle,by mógł swobodnie ssać klacz.Z pomocą przyszła nasza kózka,której mleczko popijał z butelki maluszek.Popijał ale słabo,mlaskał,resztki spływały po pyszczku-wyrażnie mu nie smakowało.Jak wiadomo pierwsze mleko matki jest bardzo wartościowym pokarmem i zmarnować go byłoby grzechem.Więc nie miałam wyjścia i sama musiałam wziąć się do roboty.Zanim jednak zdradzę na jaki pomysł wpadłam,musicie wiedzieć,że Alma,po urodzeniu żrebięcia,stała się bardzo niebezpieczna dla każdego kogo nie znała.Dziadka tolerowała,ale bez zbytniego spoufalania.Nikt inny do stajni nie mógł zaglądać,ba nawet nosa wsadzić,chcąc z daleka dojrzeć nowe stworzonko,bo Alma rzucała się jak rozścieczony pies,wydając z siebie przerażający , jak na konia, odgłos ostrzegawczy.Dla obcego człowieka była naprawdę niebezpieczna.Wystarczyło,aby przez małe okienko zobaczyła kogoś w oddali,a już niespokojnie stąpała  i wierciła się po stajni.
Tylko mnie tolerowała całkowicie,tak jak to swoje żrebię.Uspokajała się,gdy tylko byłam blisko.Ufałą mi bezgranicznie.I ja jej.Do tego stopnia,że wspomniany pomysł obróciłam w czyn:)Dziadek był początkowo sceptyczny co do moich planów,ale przekonującym był ten niezwykły spokój klaczy,gdy tylko pojawiałam się w jej pobliżu.Nawet babcia była o mnie spokojna,już tyle widziała,że chyba nie wyobrażała sobie,by Alma mogła mi zrobić krzywdę.
No to coż było robić.Wzięłam do ręki wiaderko,podeszłam do klaczy,pogłaskałam po grzbiecie i brzuchu.Alma stała spokojna jak baranek,miałam wrażenie,że zaraz uśnie na stojąco.To był dobry moment.Schyliłam się,weszłam pod jej brzuch,oparłam się na jednym kolanie i zdajałam mleko dla oseska.Taki cudny żrebak nie mógł mi się zmarnować.Alma nie reagowała kompletnie.Ani razu nie przestawiła nawet nogi.Nie dała mi żadnego powodu bym mogła poczuć choć cień obawy.Taka kochana była!
Ogierek,mleko z butelki pił za dwoje,aż cmokał:)Nic mu już do szczęścia nie brakowało.Ani mnie:)
Żrebak na tyle się wzmocnił,że gdy wychodziliśmy na spacery,to wierzgał jak opętany.Trzeba było uważać,by nie oberwać boleśnie.Ja stawałam "przyklejona" do Almy i byłam bezpieczna:)
Ogierek przeżył zaledwie dwa tygodnie,wdała mu się poważna infekcja i choć weterynarz robił co tylko mógł,konika nie udało się uratować.Tak się zdarza,bo konie choć silne i duże,są w rzeczywistości niezwykle delikatnymi stworzeniami.Bardzo to przykry moment wtedy nastąpił.

Alma była wspaniałym koniem .I nawet wybaczam jej,że zrzuciła mnie z siodła z premedytacją.Zrobiła to,gdy obrałyśmy już drogę na powrót do domu.Bez mojego pozwolenia (już mówiłam,że jak postanowiła,tak było) weszła w galop,fiknęła tylnymi nogami,a głowę spuściła na tyle nisko,że wyleciałam jak z procy.Upadek był bolesny,nie powiem,że nie.Przez tydzień czułam każdą kostkę:)
Alma wpadła do stajni z pustym grzbietem.Dziadek chyba nie spanikował,bo szedł w moją stronę dziwnie spokojnym krokiem,ręce jak zawsze,trzymał za sobą.Z daleka się śmiał (pewnie ucieszył się,że żyje:)) i pytał czy,przepraszam za wyrażenie,dedupens mam cały:)))
To było jeszcze w tych początkowych miesiącach mojej znajomości z Almunią,potem już nigdy tak brzydko mnie nie potraktowała.Nauczyła odwzajemniać się takim samym szacunkiem,jaki dostawała ode mnie.Nigdy na niej niczego nie wymuszałam.W upalne dni,dostarczałam jej ochłody w postaci kąpieli.Wodą z węża ogrodowego polewałam jej sierść,uwielbiała to.Przy okazji używałam też szamponu,by dokładnie umyć ją z kurzu.Przyjemne z pożytecznym.Była potem tak czyściutka i tak pięknie połyskiwała w słońcu.Całkiem nowy koń:)
Razu jednego,po skończonej takiej kąpieli,Alma POSTANOWIŁA...wytarzać się w piachu.Wyrwała się umiejętnie,jak to tylko ona potrafiła i popędziła w poszukiwaniu najlepszego i najbardziej piaszczystego miejsca.Za chwilę przybiegła.Przede mną stał teraz koń ulepiony z błota.
Swoją drogą,dziś myślę,że był to piękny widok i uśmiecham się na samą myśl:)))
Dziś zostało mi po niej zaledwie kilka zdjęć i cała masa wspaniałych wspomnień:)






Na zakończenie chcę Wam jeszcze przytoczyć ciekawostkę.Zdarzenia takie są rzadkością,ale zdarzają się i taka właśnie historyjka zdarzyła się dziadkowi.Jego kasztanowata klacz Lalka,urodziła 2 żrebiątka-chłopca i dziewczynkę:)Odbierając poród,sam nie wierzył co się dzieje.
Żrebięta były tak malutkie i słabe,że dziadek przez dwa tygodnie nie wychodził ze stajni,nawet na chwilę.Mówię prawdę.Pilnował,by klacz nie przydusiła któregoś przez przypadek,dostawiał maluszki do wymiona,by mogły napić się mleka.Tak się poświęcał.I udało się!Maluszki przeżyły.Były nie lada atrakcją.Wszyscy chcieli je zobaczyć:)))To tak rzadkie,że jak już się zdarzy, to pokazują w Teleexpresie:)Poważnie:)Dziadka akurat nie pokazali-ale to było tak dawno,że chyba jeszcze wtedy Teleexpresu nie było:)
Jak żrebaczki trochę podrosły,wychodziły w ciepłe,wiosenne dni,przed stajnię i wygrzewały się jak koty,wystawiając brzuszki w stronę promieni słonecznych.
A jak chodziły,to zawsze razem,najczęściej "z łepkiem przy łepku":)

                  Jak się dobrze przyjrzycie,to w oddali biegają dwa zrebaczki,małe jak koty:)





                                             A tutaj wspomniany wcześniej "łepek w łepek".






                           No i najfajniejszy obrazek-kąpiele słoneczne.Słodziaki prawda?:)))





A tutaj, jak się zapewne domyślacie,mój dziadziuś,który jest sprawcą tej mojej fascynacji i wielkiej miłości do koni:)



Kończę.Jeżeli dotrwałyście do końca,to tym bardziej mi miło:)
Jak widzicie kocham te konie ogromnie,ale to też nie jest tak,że wszystkie tak samo,miłością bezgraniczną.
Nie! One mnie wszystkie fascynują,czy te piękne,czy te zaniedbane.Wszystkie mają w sobie coś,co sprawia,że przystanę przy każdym,ale tak jak w życiu,tak i w tym końskim świecie,miłość,przyjażń trafiają się stosunkowo nie często.W życiu też musi trafić swój na swego,nic na siłę.A jak się już trafi,to trzeba takie zwierzę otoczyć szacunkiem i zrozumieniem,tak jak człowieka,a ono się odwdzięczy.Kiedy obdaruje Cię swoim zaufaniem,to masz przyjaciela na całe życie,takiego co to nigdy nie zawiedzie,będzie kochał do końca.A z ludżmi cóż...bywa różnie...nigdy nic nie wiadomo...

                                                       

                                                          Pozdrawiam:)
                                                              Ada:)

środa, 19 lipca 2017

Pastelove sny:)



Zostałam poproszona o wykonanie prezentu z okazji przeprowadzki do nowego domu.
Cóż,myślę,że pięknie śnić lubi każdy:)





























Pudełeczko dla łapacza wykonałam korzystając z pomysłu Inki-mojej cudownej skarbnicy takich wspaniałych pomysłów i inspiracji:)
Jeżeli jesteście ciekawi co wykorzystałam do zrobienia tego opakowania,koniecznie zajrzyjcie do Halinki.















Troszkę zbliżeń na jeden z moich ulubionych wykrojników-Dream Catcher Spellbinders.
Jest malutki,bo ma niespełna 9cm,ale wg.mnie niezwykle uroczy.Łapaczyk wycięłam z różowego
papieru i pobieliłam farbą akrylową,następnie posypałam pyłkiem brokatowym.













                                                       

Łapacz w wersji  pastelowej zgłaszam na wyzwanie

                                                               bloga DIY Zrób to sam







                                                         oraz bloga Kwiat Dlnośląski









                                                                   Pozdrawiam:)
                                                                         Ada:)

poniedziałek, 10 lipca 2017

Gniadosz



Już niejednokrotnie wspominałam,że konie to moja największa pasja.Stawiam ją ponad wszystkie pozostałe moje zainteresowania.Najpierw są konie,potem długo,długo nic,aż wreszcie reszta.
Na moją ścienną stajenkę zawitał gniady arabek-to moja ulubiona rasa koni.Araby mają w sobie tyle wdzięku,że więcej mieć już by chyba nie mogły.Konie te,szczególnie w ruchu,to dla mnie najpiękniejszy widok na świecie.Mogłabym na nie patrzeć godzinami.
Miłość do koni przelewam na moje obrazy.Oto następny.












































Tutaj,był jeszcze na etapie tworzenia.













Praca dobiegała końca.Obraz malowałam pastelami suchymi.












                               A na koniec,wspomniana wcześniej,moja ścienna stajenka:)))













 Jeszcze trochę wolnego miejsca na ścianie zostało,więc na pewno pojawią się nowe obrazy.
W następnym poście przedstawię Wam jeszcze jeden ,tym razem malowany farbami olejnymi na blejtramie.Taki nieduży jest.No i chyba nie muszę mówić co przedstawia?:)))
Przy okazji opowiem jak zaczęła się moja pasja i postaram się ukazać Wam troszkę ciekawych stron końskiej natury,abyście mogły choć trochę zrozumieć moje zafascynowanie tymi zwierzętami.Obiecuję,że filozofować nie będę:)Opiszę tylko kilka ciekawych sytuacji,czasem zabawnych.Jeżeli macie ochotę,to już dziś,gorąco Was zapraszam:)


Kończąc,dziękuję Wam bardzo za to,że o mnie nie zapomniałyście,za wszystkie ciepłe i serdeczne komentarze,za okazaną troskę i ogrom życzliwości.
                                                      Fajnie tu znowu być:)!!!
                                           
                                                                       Ada:)

czwartek, 6 lipca 2017

Z jeszcze jednym wianuszkiem...



...wracam po przerwie.Przepadłam bez wieści na długie tygodnie.Na swoje usprawiedliwienie mam tylko to,że trudno się wygrywa z natłokiem obowiązków,poganiającym czasem i przeciwnościami losu,nawet tymi najmniejszymi.Obiecałam sobie jednak,że cokolwiek by się nie działo,to znajdę chwilkę czasu i postaram się bywać tu w miarę regularnie.
Dziś pokazuję Wam wianuszek,który zrobiłam dla Ewuni.Wiem,że prezent się spodobał.Bardzo się cieszę,ze mogłam jej sprawić trochę radości:)
Wianuszki hortensjowe już znacie.Tym razem hortensje są w żywszych,bardziej zdecydowanych kolorach.Mam nadzieję,że Wam się spodoba taka wersja kolorystyczna:)






















                  Wianuszek zapakowałam w pudełeczko,dopasowane klimatem do zawartości.










Wianuszek zgłaszam na wyzwania blogów:

                                                        FLOWERS HANDMADE BLOG


                                                                            oraz


                                                                   Foamiran Polska

                             



                                                                            a także


                                                                        STUDIO 75


                                                którego tematem jest-Dekoracja do domu

                                                             

                                       
                                             

Teraz pozostaje mi nadrobić zaległości w oglądaniu Waszych prac,ale nadrabianie takich zaległości to przecież prawdziwa przyjemność.Do zobaczenia zatem na Waszych blogach.
Bardzo mi miło powitać nowe osoby,które w okresie mojego niebytu tutaj,dołączyły do grona obserwatorów.

                                                        Przesyłam moc pozdrowień
                                                                       Ada:)

czwartek, 1 czerwca 2017

Na zachodzie bez zmian:)



Niczym nowym Was dzisiaj nie zaskoczę.
Jakby małe deja vu,tylko tym razem na kartce:)




























                                   Karteczka została wręczona w takiej skromnej torebeczce.










               

                                                        Przesyłam pozdrowienia.
                                                                       Ada:)

sobota, 20 maja 2017

Wianek z hortensji


...foamiranowych:)
Mimo początkowej niechęci do tej pianki,coraz bardziej ją lubię.Foamiran daje dużo możliwości,ale wymaga jednak troszkę wprawy i co najważniejsze,bliższego poznania:)
Przyznam Wam się szczerze,że tak jak w przypadku bzu,którego kwiatuszki były przemyślaną formą,tak w przypadku hortensji było zupełnie na odwrót.Powstała przez całkowity przypadek,podczas prób "zbadania" możliwości foamiranowej pianki.
Kwiatuszki nawleczone są na gałązki z sizalu.Układam je w pęczek i tylko od mojego "widzimisię"
zależy wielkość kul.Sizalowe łodyżki nadają hortensji sprężystości,tak dla nich właściwej w naturze.
Za pomocą niteczki obwiązywałam bukieciki,nadając im kształt wianka.
Wianuszek jest niezwykle delikatny,sprężysty,udało mi się osiągnąć bardzo naturalny,prawdziwy efekt:)Płatki koloruję pastelami,które wspaniale pprzenikają przez siebie poprzez ich wcieranie.Również w barwach można uzyskać cudownie naturalny efekt.Jak wiecie hortensje są przepięknie kolorowe,więc mamy tu duże pole do popisu przy ich tworzeniu.
Dzisiejszy wianek jest mały,ma ok,14cm średnicy.Już planję następny,tym razem w innych barwach i większym rozmiarze.

Powstało również pudełko dla tej dekoracji.Pudełko lekko zmediowane,charakterem zapowiadające zawartość:)Jest to prezent dla wspaniałęj osoby,bardzo dzielnej i takiej,na którą mogę liczyć,więc chciałam by było to coś wyjątkowego.Mam nadzieję,że się udało.Prezent jest właśnie w drodze,więc nie mogę jeszcze zdradzić dla kogo jest przeznaczony:)





























































Wianuszek zgłaszam na wyzwanie            Art Piaskownicy
bo tak sobie myślę,że hortensje,zwłaszcza te suszone,to bardzo częsty element wystroju w stylu shabby chic:)



                                                                         Scrapek.pl




                                                         
                                                                  oraz Studio SZOK






                                       Życzę Wam przepięknej pogody na weekend:)
                                                                       Ada:)